Mnich z tirem na plecach

Felietony

Pierwszy wpis na blogu musi mieć pierwsze zdanie. Kropka.

Zdanie drugie: bycie księdzem, daje dużo szczęścia. Dlaczego? Między innymi dlatego, że można nabrać odrobiny dystansu do otaczającego świata jego wydarzeń i praw. Niestety nie wszystko daje się tak łatwo przeskoczyć. Doświadczam tego, ilekroć administracyjne „mózgi” zastanawiają się jak zakwalifikować takiego jegomościa w koloratce jak ja. Bo niby pracuje, ale „służy”. Niby bez żony, ale nie kawaler. I w końcu niby zameldowany u rodziców, ale mieszka od dawna zupełnie gdzie indziej, a co gorsza – co kilka lat tę lokalizację zmienia. I tu dochodzimy do sedna…

Wybrałem się dziś po obiedzie z Łomży (gdzie mieszkam i pracuję, ups… posługuję) do Wyszkowa, żeby złożyć podanie o wydanie nowego dowodu osobistego. Stary nadgryzł ząb czasu. Nadgryzł (ów ząb) również zdjęcie, które niczym nie przypomina dzisiejszego wyglądu niżej podpisanego. Drogę z Łomży do Wyszkowa pokonuję dość często, wybierając przeróżne warianty dojazdu. Dziś, z racji na najmniejszą liczbę kilometrów do pokonania, wybrałem trasę przez Ostrów Mazowiecką. I tutaj dopiero zaczyna się prawdziwa historia z mnichem.

Już przy wyjeździe z Łomży w kierunku Wyszkowa nie było łatwo cokolwiek zobaczyć, z racji na padający śnieg i oczywiście wszechobecne ciągniki zwane popularnie TIRami. Jako, że czas pracy urzędników jest bezwzględnie limitowany godziną 16.00 – czasu było niewiele. Ci z Państwa, którzy podróżują czasem tą trasą dalszą lekturę mogliby sobie darować, ale mimo wszystko proszę jeszcze o chwilę cierpliwości. Otóż z każdym wyprzedzanym TIRem w mojej głowie pojawiały się coraz mniej wybredne argumenty na to, iż takie pojazdy powinny przez Polskę być transportowane koleją, balonem, albo pod ziemią. Złość moja na ich obecność w okolicach Trzcianki była już tak ogromna (bo wiadomo – 15.37), iż kierujących nimi dżentelmenów traktowałem jak osoby mi bardzo dobrze znane – wszak ilość przymiotników i przysłówków w mojej głowie mimochodem kierowanych pod ich adresem pozwalała mi na taką pewność. Wtem przyszły dwie myśli…

Pierwsza z nich to radość z zepsutego radia CB, drugą zaś myślą było pewne opowiadanie o mnichach. Pozwolę je sobie tutaj przytoczyć.

Otóż pewnego letniego popołudnia dwóch mnichów udało się pieszo na przechadzkę do sąsiedniego klasztoru. Do pokonania, prócz kilku tysięcy kroków piaszczystą drogą była rzeczna przeprawa. Rzeczka wszak niegłęboka, ale przejść niełatwo. Kiedy stanęli na brzegu podeszła do nich pewna młoda (z pewnością urodziwa) dziewczyna i skrępowana poprosiła o pomoc w pokonaniu przeszkody. Jeden z braciszków (dla pewności: ten młodszy) chwycił niewiastę i zgrabnie, po kilku chwilach, postawił na drugim brzegu.

Po dojściu do klasztoru starszy mnich nie wytrzymał i wprost skarcił młodszego kolegę: „Wciąż nie rozumiem jak mogłeś się tego dopuścić! Żeby tak po prostu wziąć kobietę na ręce i przenieść przez rzekę! To nie do pomyślenia! I teraz spokojnie idziesz spać?”. Na co odpowiedział zaczepiony mnich: „Widzisz, bo problem tkwi w tym, że ja tę kobietę przeniosłem i postawiłem na drugim brzegu, a Ty ją wciąż niesiesz”.

Historia z zakonnikami pokazała mi, że często złość, czy (co gorsza) nienawiść do drugiej osoby sprawia, że nie możemy przejść nad pewnymi sprawami do porządku dziennego. Głód zemsty, lub po prostu echo nagłego ataku złości potęguje się w nas często do takiego stopnia, że nie możemy podjąć normalnych obowiązków, bo gdzieś w środku pali się jeszcze ten ogień. Dodatkowo, tak jak w przypadku kierowcy każdego z mijanych TIRów, osoba, do której mamy w sercu złość wcale o tym nie wie, bo niby skąd ma się domyśleć. Czyli mówiąc wprost: nienawiść, chociaż skierowana jest do drugiego człowieka, tak naprawdę pożera nas samych. Pożera dosłownie, bo zabiera czas i siły, a także okazje do robienia rzeczy dobrych.

Jaki z dzisiejszej wycieczki morał? Otóż morały będą dwa:

Pierwszy to nauka o przebaczeniu i zrozumieniu. Gdybym zrozumiał działanie drugiego człowieka (chociażby kierowcy TIRa, który nie może nie prowadzić w tym czasie ciężarówki, bo wykonuje swoją pracę), to łatwiej by mi było zahamować złość. A może wręcz udałoby mi się od niej powstrzymać. A przebaczenie? To po prostu lek na chorobę mojej duszy. Żebym sam nie cierpiał i zrozumiał drugiego człowieka.

Morał drugi: trzeba wyjeżdżać wcześniej, żeby nie musiały powtawać takie felietony.

Szczęść Boże!

xFilo

10.01.2013 r.

Dodaj komentarz