Ostatki w Wielkim Mieście

Felietony

Wydawać by się mogło, że napisanie kolejnego tekstu przyjdzie nieco szybciej. Bo codziennie coś się dzieje i zawsze jest o czym pisać. A że nie zawsze jest tak, jak jest zawsze, to właśnie przez to, że coś się dzieje nic się nie działo na blogu. Od miesiąca wiele się nie zmieniło. Wciąż jestem księdzem i wciąż pracuję w radiu. Tylko teraz jestem trochę poza zasięgiem, bo wylądowałem w Wiecznym Mieście i zanosi się, że kilka miesięcy tutaj pobędę. Jak to mówią: „inny by się chwalił…”. Otóż piszę to dlatego, że czasem moje teksty będą się odnosiły do rzeczywistości, której tutaj doświadczam. Tyle wstępu (wszak każdy tekst powinien mieć nie tylko pierwsze zdanie, ale też wstęp).

Było prawie południe. Miejsce też szczególne, bo kościół św. Agnieszki na Piazza Navona w Rzymie. O tym placu, mówiąc na marginesie, każdy kto odwiedza Wieczne Miasto wie dwie rzeczy: trzeba go zobaczyć, i jeśli jesteś Polakiem (albo po prostu zarabiasz w złotówkach) to raczej tam nie jedz, bo może Ci na bilet nie starczyć. No a skoro południe, to Anioł Pański. W Radiu Nadzieja na tę modlitwę mówią po prostu „Aniołek”, więc wspomniałem też i tych, którzy w Łomży w tym momencie się modlą. I wtem, po modlitwie zobaczyłem niezgrabnie przyklękającego na środku kościoła chłopca. A wierzcie mi drodzy Państwo, że nawet w Rzymie zobaczyć kogoś, kto na środku kościoła przyklęka, to wcale nie aż taka „normalka”. Wiadomo – kościoły jako zabytki interesują nie tylko ludzi wierzących. Pomyślałem, że to może Polak. I racja, bo za chwilę usłyszałem kilka rozmów po polsku. Kiedy po chwili wyszedłem na plac z kościoła zobaczyłem sporą gromadkę ludzi ustawiających się do zdjęcia. I tutaj zaczyna się meritum całego tekstu.

Otóż od razu przyszła mi myśl, że to zapewne jakaś rekolekcyjna grupa z tzw. Domowego Kościoła. Po czym poznałem? Otóż biła od nich jakaś taka wyjątkowa radość, spokój i szacunek. Ktoś powie, że to wcale nie są cechy ludzi wierzących, a już całkiem niekoniecznie członków Domowego Kościoła. I pewnie będzie miał rację. Ale moje pierwsze odczucie było takie, że to byli chrześcijanie, którzy swoją wiarę przeżywają w sposób bardzo świadomy. Do końca nie przekonałem się o tym kim są (chociaż spotkałem ich przypadkiem po raz kolejny w polskim kościele św. Stanisława). Skąd więc takie odczucie? Otóż ludzi wiary (tych autentycznie żyjących wiarą) cechuje właśnie taki sposób bycia, który nazwałbym w skrócie „życiem w prawdzie”. Bo prawdziwy był szacunek, prawdziwa miłość i spokój też był prawdziwy. I nie znajdę tutaj argumentów nie do zbicia. Po prostu to się czuje. Prawda autentycznie wyzwala. Nie tylko z grzechu, czy fałszywego odbierania własnej osoby. Wyzwala też dobro, które promienieje. Między tymi ludźmi było widać tyle szacunku, że chciało się z nimi poprzebywać.

Idzie Wielki Post. Kiedy piszę ten tekst właśnie trwają ostatkowe imprezy. No i dobrze, że jutro niedziela. Bo jak ktoś dziś przesadzi, to jutro będzie okazja się wyspowiadać. Oczywiście jak się zdąży na 18 do kościoła;). W Wielkim Poście bywa, że zarzucamy siebie jakimiś postanowieniami, czy wyrzeczeniami. Z każdym takim wyrzeczeniem powinno budzić się w nas pytanie: „Co ja z tego będę miał?”. Tak, to pytanie musi być egoistyczne. Bo wyrzekanie się czegoś to robienie pustki w swoim życiu, która ma się wypełnić Bogiem. Samo robienie „sztuki dla sztuki” grozi zapełnieniem zupełnie czymś innym.

Pewnego dnia św. Franciszek Salezy zapytany przez gorliwą panią (chciałoby się napisać „niewiastę”) o drogę do świętości odpowiedział, „żeby ciszej zamykała drzwi”. Jest w tym sens, bo nie trzeba robić rzeczy wielkich, ale rzeczy mądre, żeby zbliżać się do Boga. Tego Państwu życzę i mam nadzieję na rychlejsze spotkania w dziale „blogi” J.

Szczęść Boże!

xFilo

09/02/2013

Dodaj komentarz